|
czytam
zapisane 2012
|
Lifting prawej piersi niechcący udał się doktorowi, który mi wycinał (wycinał??? yyyy... wypruwał!!! wyrywał!!! wyszarpywał!!! ) vascuport. Jednakowoż zorientowałam się w tym temacie daleko od szpitala. Bo gdybym połapała się wczesniej, że tak można, to poprosiłabym coby i drugi ze stanu klapnięcia podniósł. :D
Państwo drogowcy w swej niezmierzonej łasce uznali, że czas znowu dostarczyć mi rozrywki. I postanowili wprowadzić mi na drodze do pracy ruch wahadłowy, bo sobie wykombinowali dwa ronda zrobić. Po dwóch stronach wiaduktu. Są zatem dwie opcje dojazdu do pracy: z półgodzinnym staniem przed wiaduktem (w sumie wszystko jedno, z której strony, bo w obie działa tak samo) lub przez wioski. Oba warianty jednakowo doprowadzają mnie do szału. A w dni takie jak dziś (deszcz, śnieg, błoto) to wariant: przez wioski chyba nawet bardziej. I teraz do rzucanych podczas drogi słów powszechnie uznanych za nieeleganckie dorzucam jednak modlitwę. W intencji ukończenia tych robót przed Euro. Bo mówi się w pewnych kręgach, że po Euro to juz powód budowy będzie nieaktualny.
Jak starość, to i skleroza koniecznie. Pojechałam zrobić sobie usg. Kłócę się z panem w rejastracji, że na pewno na tę godzinę, że ja i tak dalej. Po czym pan z uśmiechem mi pokazuje datę, która jak byk zapisana na skierowaniu. Na następny dzień. No i blog o jakis login krzyczy przy logowaniu. Skąd ja po tylu latach login miałam pamiętać, ja się pytam? Skoro u mnie już od dawna działa tylko pamięć zewnętrzna? A i ona - jak się okazuje - nie zawsze działa skutecznie.
Starość, panie, starość. Wychowawczyni do szkoły to na dinozaurze jeździła - skwitował był zjadliwie mój wiek jeden z chłopców. ha. Stara otóż wychowawczyni pokulała się do Doktora, że niby ją pobolewa tu i ówdzie. Doktor także w radosnym nastroju stweirdził, że to ze starości jedynie być może to pobolewanie, bo innego powodu on nie widzi. Zwłaszcza, że - jak mówi - siedzi we mnie towar takiej jakości i za tyle państwowych pieniędzy, że nie ma prawa nie działać. Znikąd, cholera, współczucia :D P.S. Bazyl na powitanie nowego domu nasikał do zlewu w kuchni.
Kot Bazyl został dziś bratem Bazylim. Zamieszkał w zakonie. A co. Tam przynajmniej ma chatę z ogrodem i kilka osób (facetów) których można potarmosić zębami za ręce albo nogi. I jakoś mi smutno, cholera.
Jakoś tak z jednej strony zagoniona jestem, a z drugiej nic mi się nie chce. Przez ten mróz, cholera, czy co?
"Taki krokodyl, to jak szybko biega, wychowawczyni? -Cholera wie, ale może ze 40 km/h, jak rozpędzony? - To byśmy nie uciekli raczej? - No raczej nie. - Ale wychowawczyni to by musiała chyba drzewo udawać." Drzewo. Udawać. no.
Leci na mnie pan, który przynosi paczki. Niestety, wyłącznie z winy mojej własnej głupoty. A było tak. Pan przyniósł paczkę około 12.30, kiedy ja spałam w najlepsze po nocnym dyżurze. Otworzyłam, a jakże. Rozczochrana i w przykrótkim tshircie. Pan nieco zdziwiony: pani jeszcze śpi??? Się w nocy pracuje, to się w dzień śpi - odpowiedziałam beztrosko. Pan mnie zmierzył w oczach od bosych stóp po rozkudłany łeb i powiedział: Aż szkoda, że sama.
Pobudka. Po zapaleniu płuc uziemiła mnie angina, co mnie - prawdę mówiąc - nie usprawiedliwia, bo przecież siedziałam na tyłku. Ale w czasie uziemienia zostałam pobłogosławiona prezentem. Prezent ma na imię Bazyl i z racji tego, że jest zawołanym ogrodnikiem zmusza mnie do zwiększenia wysiłków w celu utrzymania domostwa w jakiej takiej czystości. Co zabawniejsze, instynkt grzebania w ziemi doniczkowej budzi się w Bazylu dokładnie wtedy, kiedy zdążę odstawić na miejsce odkurzacz. A prace porządkowe nigdy nie należały do moich ulubionych, jak powszechnie wiadomo. Bazyl interesuje się wieloma sprawami i chętnie we wszystkim pomaga, w efekcie sporo czasu poświęcam na kombinowanie, jakby mu tu ograniczyć możliwości. Jednak Bazyl i w kombinowaniu jest niedościgniony. Szczęśliwego Nowego Roku.
Uziemiona w domu przez zapalenie płuc. Wyhodowałam je sobie chyba jeszcze na Sycylii, chociaż dopiero całkiem niedawno przypuściło szturm. Zatem odwłok mi gnije od leżenia, a oczy mi gniją od czytania. Oraz flaki mi gniją od lekarstw, co to mój osobisty Doktor House powiedział, że jakbym się pojawiła wczesniej, to by mi dał ludzkie leki, a nie końskie. I tak sobie gniję jako całokształt. Umysłowo też, co mi była uświadomiła Siostrzenica, podczas rozmowy na temat makijażu. No bo po co się malować? - zapytała. Ja jej na to, że w pewnym wieku to trzeba sobie już urodę dorysować. A ona, że w pewnym wieku to już niestety trzeba przestać. Oraz. Będąc na wojażach zanabyłam Siorze czerwonego pajacyka, coby sobie w aucie powiesiła na szczęście. Pajacyk dość rozrywkowy był, można go ciągać za pewien element między nóżkami (jakby np. musiała stać w korku i by jej się nudziło) i wtedy radośnie rozkładał te nóżki. Jednak najwyraźniej nie był dość szczęśliwy. Zdaniem Siory, nie mógł jej przynieść szczęścia prezent od kogoś, kto jest mistrzem nieszczęśliwych wypadków. W tym kontekście nawet dobrze brzmi taki wyjątek z lektury: "Szczęście nie jest celem samym w sobie. Szczęście to styl życia."
|